Styczeń 2014 roku, Aldo przyleciał do Polski i pokochał nasz piękny kraj z czego byłam bardzo zadowolona. Poznał moją rodzinę i przyjaciół co było bardzo ekscytujące i momentami zabawne 🙂 24 stycznia to dzień naszych zaręczyn, pomyślałam wtedy, że wpadłam ‚ jak śliwka w kompot’ haha no i oczywiście powiedziałam SI !

Na Sycylię polecieliśmy w połowie lutego, całe moje życie w Polsce spakowane w parę walizek , hm trochę to było smutne, ale wtedy o tym w ogóle nie myślałam. Bandzior ( mój kochany piesek) miał wyzwanie – pierwsza podróż samolotem, na szczęście jest mały i podróżuje  z nami w kabinie. Pamiętam, że jak tylko wylądowałam na lotnisku w Palermo pomyślałam brr zimno tutaj, choć było ok 15 stopni to wiał strasznie silny wiatr. Temperatura w domu była podobna, bo warto wiedzieć, że na Sycylii w większości domów czy mieszkań nie ma centralnego ogrzewania. Trzęsłam się jak galareta i nawet miłość nie pomagała 🙂 Pierwsze dni mijały mi na zorganizowaniu sobie przestrzeni w naszym domu, bym mogła czuć się swobodnie, to już nie były wakacje, zaczynało się prawdziwe życie. Parę dni później już pracowałam w małej knajpce u przyjaciela Aldo, nie wiedziałam jak to będzie wyglądało. Nie mówiłam po włosku, oni po angielsku, no ale lubię wyzwania. Damy radę pomyślałam. Do teraz zastanawiam się jak sie udało nie doprowadzić do bankructwa tego wspaniałego miejsca przez te wszystkie błędy, które robiłam. Chyba mój naturalny wdzięk osobisty (skromność to moje drugie imie) sprawił, że Włosi po kolejnym kieliszku wina który ciągle im donosiłam, nie gniewali się na mnie tylko uśmiechali i mam wrażenie, że trzymali za mnie kciuki aby mi się wszystko udało. Tak mijały moje dni, w pracy osłuchiwałam się z językiem włoskim, a tak naprawdę dialektem sycylijskim co uwierzcie mi było ogromnym wyzwaniem. Nie poddawałam się, choć nie było łatwo. Po około 4 miesiącach zaczęłam rozumieć praktycznie wszystko, a po 6 dumna jak paw mówiłam po włosku. Ja mówiłam po włosku. Do dziś pamiętam ten dzień, kiedy poszliśmy na kolację ze znajomymi, a ja ni stąd ni zowąd zaczęłam z nimi rozmawiać. Ich wzrok był bezcenny 🙂 Wtedy poczułam, że kurczę no to się dzieje, machina ruszyła, a ja w samym środeczku dzielnie sobie radzę. Fajne to było uczucie, a duma jaka mnie rozpierała, że sama bez niczyjej pomocy, bez szkoły nauczyłam się obcego języka była nie do opisania. Z Aldo były lepsze i gorsze dni – wiadomo. Pedant i hmm mała bałaganiara, Sycylijczyk i Ślązaczka. Miłość, nienawiść, słodkie słówka, pakowanie walizek, prawdziwe wesołe miasteczko w połączeniu z domem strachu. Chyba oboje wiedzieliśmy, że każdy z nas musi trochę przytemperować swój charakter, inaczej sie pozabijamy. Jak widać dalismy radę 🙂

Poznawałam coraz więcej Polaków, którzy przylatywali na wakacje, mózg mi parował od ilości pomysłów. Minęły dwa lata, zanim odważyłam się zaryzykować i po raz kolejny rzucić wszystko i zacząć od nowa….

Udostępnij: